Maciej Berek jeszcze w ubiegłym tygodniu był ministrem nadzoru do spraw wdrażania polityki rządu. Nazywano go czasem "nadpremierem", "wice-Tuskiem". Od poniedziałku jest już oficjalnym kandydatem na sędziego Trybunału Konstytucyjnego, zgłoszonym przez Koalicję Obywatelską. Ten pomysł nie podoba się części koalicjantów. Członkowie Nowej Lewicy, czy Polski 2050 przypominają, że przecież sami krytykowali wysyłanie czynnych polityków do TK. Mało tego, w 2024 nawet uchwalili ustawę, która przewidywała czteroletnią karencję między sprawowaniem mandatu posła, czy zasiadaniem w rządzie, a możliwością ubiegania się o stanowisko sędziego TK. Gdyby komuś to umknęło - tamta ustawa została odesłana przez Andrzeja Dudę do samego TK, gdzie dokonała swego żywota. Ale Koalicja 15 października opowiedziała się teraz za pewnym standardem. Skąd zatem ten pomysł? Część posłów twierdzi, że Maciej Berek po prostu zawsze był apolityczny. I w rządzie, i poza rządem. Wszyscy jednak wydają się przekonani, że ma być "faktorem X", który przełamie impas w TK, gdzie rządzący nim prezes Bogdan Święczkowski nie dopuszcza do orzekania czwórki sędziów, których na ślubowanie nie zaprosił prezydent. Czy Maciej Berek podzieli ich los? Co wiemy na temat tajnego "sposobu na Godzillę", z którym ważny urzędnik idzie do TK? I czy koalicjanci, wedle ich samych słów, "przełkną tę żabę" i zagłosują za byłym ministrem? A w "Politycznym Plusie", dla osób, które wspierają OKO.press, rozmawiamy o tym, jak w elektoracie centrowym pozycjonuje się Rozwój Plus. i o tym, czy Mateusz Morawiecki zliberalizuje w Polsce prawo aborcyjne (?!)

Podden och tillhörande omslagsbild på den här sidan tillhör OKO.press. Innehållet i podden är skapat av OKO.press och inte av, eller tillsammans med, Poddtoppen.